Wieczorem, jak w prawie każdą letnią sobotę, mieszkaniec Wyszkowa – pan Jan, korzystając z położenia swego grodu nad rzeką, wybrał się na nocne wędkowanie. Miał dwie doskonałe wędki i odpowiednie „na okoliczność” nocnych połowów wyposażenie m.in. - miał dzwonki i świecące spławiki. Wybrał się nieco dalej, niż zazwyczaj, bo aż na „ósmą główkę”. Zanęcił, rozstawił wędki i wyciął sporo krzaków, bo drewno było mu potrzebne na ognisko, które wkrótce rozpalił, by usmażyć nad nim kiełbaskę. Wypił też piwko. Do szczęścia brakowało mu tylko dobrego „brania”. Jednak tej nocy ryba nie brała. Przez pierwsze dwie godziny złapał tylko małą płotkę i niezbyt okazałego okonka.
Kręcąc się na swym rozkładanym stołku, z coraz mniejszą nadzieją obserwował wędki, nasłuchując poruszenia dzwonków. Zmieniał robaki na świeże i najlepiej jak umiał, rzucał spławik, w miejsce, gdzie ryby miała kusić przynęta, ale nic nie brało.
Noc, spędzana bez efektów, dłużyła mu się. Rozłożył, więc koc i dorzucił drewna do ogniska. Położył się obok, obserwując żarzące się polana. Zaraz zmorzył go sen, a obudził dopiero chłód poranka, rosa oraz niewygodna pozycja, w której zasnął. Ocknął się, ale senność go nie opuściła, więc tylko dokładniej przykrył się kocem, zmienił pozycję - zamierzając jeszcze podrzemać. Przed zamknięciem oczu, z niechęcią zerknął w kierunku wędek. Spostrzegł, że do jego saka z rybami przykucał zając i zajrzał do środka. Chyba jednak był to jeszcze sen, bo gdy zdziwiony pan Jan przetarł oczy, zając zniknął.
Rozbudzony nieco, spod koca obserwował, jak powoli podnosi się mgiełka - osadzając delikatne kropelki na pajęczynach, zaczynających przypominać naszyjniki z najczystszych, maciupkich perełek. Wystawie tych precjozów towarzyszył delikatny, czyściutki głos kryształowych dzwoneczków. Po dłuższej chwili, zorientował się, że to dźwięk dzwonków umieszczonych na jego wędziskach.
Zerwał się na równe nogi i podbiegł do najbliższej wędki. Zacinając, wyrwał żyłkę z wody – na haczyku wisiał spory lin. Rzucił go na trawę i poderwał drugie wędzisko. Na końcu żyłki również łopotała ryba.
Oprzytomniał do reszty i ponownie zarzucił wędki. Ryba wzięła prawie natychmiast i tak było przez najbliższe pół godziny. Ryby brały jak szalone. Pan Jan był rozpromieniony - będzie się, czym pochwalić przed kolegami i rodziną. Z nadmiaru łupów i w obawie przed ośmieszeniem, wygrzebał z siatki i wyrzucił dwie rybki złapane na początku.
Ryby przestały brać, ale nie ostudziło to zapału pana Jana.
Tymczasem blady świt robił się coraz jaśniejszy. Mgiełki poranne podniosły się wyżej, kotłując się leniwie i gęstniejąc. Z mgły, jakby brodząc, wynurzyły się siwe konie. Stado zatrzymało się na chwilę i ruszyło powoli rozpędzając się aż do galopu, w kierunku rzeki. Przy wodzie stado zniknęło, w mgle tak nagle, jak się pojawiło.
Pan Jan znów nieco się tym zdziwił a nawet zaniepokoił, ale mając nadzieję na powrót dobrej passy, nie zastanawiał się głębiej i ciągle zarzucał wędki. Dobra passa nie wróciła – nic więcej nie udało mu się złapać, więc zniechęcony, zbierał manatki oraz ciężką siatkę z rybami. Rozejrzał się czy nic cennego nie zostawił, na miejscu została tylko puszka po piwie i trochę śmieci. Ruszył do domu.
Droga powrotna przez łęgi wydała mu się prosta, więc nie zwrócił specjalnie uwagi na to; gdzie idzie. Wkrótce zorientował się, że z powodu mgły, nie wie, gdzie się znajduje. Zirytowany wrócił nad wodę i ruszył brzegiem zgodnie z prądem - wzdłuż rzeki, by dojść w pobliże mostu. Idąc, dość wolno ze względu na ciążący mu połów, mijał kolejne „główki”. Wydawało mu się, że ich liczba znacznie się zwiększyła, bo ciągle nie było widać mostu.
Zmęczony i nieco zaniepokojony, zauważył, siedzącą na kamieniu postać. Zdesperowany postanowił zapytać o drogę. Siedząca tyłem kobieta, o bardzo długich włosach, nie odwracając się, ręką pokazała dotychczasowy kierunek.
Pan Jan zamruczał pod nosem, bo nie podobało mu się lekceważenie okazane przez kobietę, która nie raczyła nawet pokazać twarzy i ruszył dalej. W tym samej chwili kobieta odwróciła się i coś zawołała.
Zezłoszczony obejrzał się, chcąc dać upust swej złości i zauważył, że ładna, drobna twarz kobiety jest zielonkawa i obramowana rybimi łuskami. Głęboko osadzone oczy kobiety – dziwnie błyszczą, wąskie usta wykrzywiły się, a cała twarz przybierała wyraz rozsierdzonej wydry. Z pomiędzy drobnych, ostrych zębów wysunął się długi rozdwojony język. Zobaczył też, że rozcapierzone palce, z długimi zielono-brązowymi paznokciami połączone są jasnozieloną błoną. Głos wydany przez kobietę przypomniał bełkotliwy rechot.
Jan rzucił się do panicznej ucieczki, porzucając niesione ryby. Biegł na oślep, byle dalej od zjawy. Ze strachu plącząc ścieżki, nie mógł oddalić się od przerażającego rechotu, aż do chwili gdy kierunek wskazała mu jasna, ale niewyraźna postać w habicie. Rechot ucichł. Potykając się, ze zmęczenia, biegł jeszcze, aż w oddali usłyszał odgłosy stada krów. Ruszył w tamtą stronę. W tym momencie spod nóg, poderwały mu się, z głośnym furkotem, kuropatwy, a kotłująca i iskrząca się mgła znikła.
Stanął i rozejrzał się dokoła – był na łęgach, wszystko wyglądało zwyczajnie, zwłaszcza stado krów. Wolno udał się w ich kierunku. Widok krów i wyraźny głos dzwonów kościoła św. Idziego, spowodowały, że to, co przeżył przed chwilą wydało mu się zupełnie nierealne. Jeszcze drżąc przypomniał sobie postać, która wskazała mu drogę - dziwnie przypominała rzeźbę z głównego ołtarza kościoła św. Idziego.
Tej niedzieli pan Jan dał na tacę dużo większą, niż zwykle, sumę i modlił się naprawdę żarliwie, został nawet po mszy, gdy prawie wszyscy wyszli. Potem długo rozmawiał z księdzem.
sj